Z MASKĄ CZY BEZ MASKI

Odkąd pamiętam, od dziecięcych lat, towarzyszył mi w życiu wstyd i lęk przed oceną. Czułam

ogromną potrzebę maskowania swoich wad charakteru, ale też tego, co po prostu uznawane jest powszechnie za „słabość” – choćby mojej płaczliwości.


Nie umiałam nad tym pracować, nie nauczyłam się tego w szkole. W domu też nie było na to miejsca – rodzice, mając najlepsze zamiary, nie zawsze wiedzieli jak mi pomóc.


W relacji z Bogiem doświadczyłam tego, że jestem kochana w całości, ze wszystkim, co mnie charakteryzuje i całą moją historią. Zobaczyłam też, że moje wady charakteru przykrywają mnie jak nieoszlifowany diament, który Bóg – odkąd mu się powierzyłam na nowo – kształtuje z mocą, przywracając utracony blask.



W ciągu ponad 40 lat życia w mojej kolekcji znalazło się wiele masek.


Te świadomie zakładane – używane do różnych ról społecznych, nie były wcale takie szkodliwe. Często pomagały nawet – przykładowo mieć większy dystans, wtedy, gdy był on potrzebny.


Ale te, których nie umiałam zdjąć, a często nawet zobaczyć – sama przed sobą, a co dopiero przed Bogiem – te były obciążające – powodowały zastój w rozwoju, a co za tym idzie – cierpienie.


Moje maski były bardzo różnorodne – ale te, które bałam się zdjąć, służyły mi głównie do dopasowania się do otoczenia, które swoją drogą też było zamaskowane.


Zdjęcie maski

Był taki czas w moim życiu, że po wielkiej wewnętrznej przemianie, jakiej doznałam, miałam wystarczająco dużo umocnienia „u góry”, że nie musiałam już zabiegać o akceptację „wszystkich wokół”. Zdecydowałam się wtedy zdjąć wszystkie maski i z dumą, że to potrafię – szłam do przodu.


Nie widziałam jednak wtedy, że prąc tak do przodu, zostawiłam moich bliskich z tyłu – oddzielając się coraz bardziej od świata zwykłego powszedniego. Zamiast kochać siebie i ludzi – takimi jakimi są – dążyłam do perfekcji w „byciu sobą” i brak tej perfekcji – jak to

z perfekcjonizmem bywa – przeszkadzał mi także u innych.


To był czas kilkuletniego uczęszczania na psychoterapię i pracy nad „nową mną”.


Wyzwolenie

Jak już zobaczyłam, że potrafię – powiedzieć „nie”, gdy inni mówią „tak” – zaczął się trudny czas podróży z powrotem na ziemię.


Słowa, które towarzyszyły mi wtedy, to słowa modlitwy: „Boże, pozwól mi za przykładem Jezusa przyjąć ten świat jakim jest, a nie jakim ja chciałabym, aby był”. Te słowa, wypowiadane codziennie rano – mocno we mnie pracowały.


Apogeum ciemności przed ostatecznym wyzwoleniem miało miejsce w Medjugorje, gdzie pojechałam z grupą pielgrzymów, z których ledwo znałam parę osób. Już w autokarze zaczął się bardzo niewygodny ból brzucha, który trwał potem przez 5 dni, spowodował gorączkę i osłabienie organizmu, na tyle znaczące, że przed pierwsze 3 dni nie wychodziłam z domu.


Co najciekawsze w tym – towarzyszył mi silny wstyd i poczucie „inności” w stosunku do reszty grupy. Miałam wrażenie, że niektórzy myślą, że symuluję; inni, że demon mnie opętał – i że generalnie jestem oceniana i to negatywnie.


Wieczorem z 31 grudnia na 1 stycznia poprosiłam obecnego tam kapłana o modlitwę

i spowiedź. Podczas spowiedzi ten Boży kapłan pomodlił się za mnie o wyzwolenie z lęku przed oceną innych osób i powiedział mi słowa, które przyjęłam mocno do serca, o tym, że Bóg Ojciec zawsze się mną cieszy.


Po modlitwie poszłam od razu spać. Ranek 1 stycznia zapamiętam na zawsze. Wyskoczyłam jak strzała z łóżka, w pełni zdrowa i od razu miałam potrzebę wyjść na powietrze. Niebo było niebieskie, a ja w podskokach szłam na górę objawień – żeby zobaczyć to miejsce pierwszy raz.


Z maską i bez maski

Od tamtego poranka, nie mogę przestać się cieszyć. Ja naprawdę nie wiedziałam, że jest możliwa taka wolność!


Jak jest wolność, to wtedy jest możliwa miłość. I tak zaczęłam uczyć się kochać – tych, których Pan Bóg w swojej mądrości stawia na mojej drodze.


Teraz nie mam ani przymusu noszenia ani przymusu ściągania maski. Maska jest bowiem dobra, jeśli może komuś pomóc czuć się raźniej.


Zauważyłam, że Bóg, nie chce nikogo ranić, daje nam czas na zmianę, na przystosowanie się do nowego – i wszystko, co jest na świecie może służyć dobru i być narzędziem miłości.


Pozostając na tej drodze miłości – staram się iść za Jezusem – który też nie odrzucił tego świata ani jego „zasad” – jakże przecież nieidealnych.


W obrębie tego, co zastał, głosił, że prawdziwa doskonałość to doskonałość w miłości – i tą drogą zapragnął zmienić świat.

118 wyświetleń1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie